Rzadko zdarza mi się oglądać polskie filmy. Zazwyczaj są albo tak durne, albo tak dołujące, że po obejrzeniu dzieła naszej rodzimej kinematografii mam ochotę podcinać sobie żyły. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę... Na szczęście ostatnio udało mi się obejrzeć właśnie taki wyjątek. Początkowo nie chciałam Wam nawet o nim pisać. Ot, kolejna bezrefleksyjna wizyta w kinie. Jednak wrażenie gdzieś zostało i zmusiło mnie do polecenia Wam Być jak Kazimierz Deyna. Dlatego piszę o tym filmie z dużym opóźnieniem. Tak dużym, że pewnie Ci, którzy go nie widzieli, a zachęci ich mój wpis, będą musieli poczekać do wydania na DVD. Albo poradzą sobie w jakiś inny sposób... ;-). Jednak jest to jeden z fajniejszych filmów jakie widziałam w ostatnich tygodniach. Tak, właśnie tak - ten film jest po prostu fajny. Pozytywny, optymistyczny i śmieszny. I wywołuje uśmiech :-). Jedyny jego prawdziwy minus to chyba ten dramatycznie wyretuszowany chłopiec na plakacie...
